sobota, 31 marca 2018

ROZDZIAŁ - CYKL

ROZDZIAŁ - CYKL

(ogólnie to tutaj testuję swoje umiejętności opisywania)

Idę przed siebie. Znowu. Moje nogi jak zwykle nie sprawiają mi żadnego problemu pomimo niezliczonych godzin chodzenia. Przede mną rozciągają się te same doliny, prawie, jakbym błądził w kółko. Pod moimi stopami czuję szary i pusty piach (piach?) minerał, składający się z dość dużych, płaskich fragmentów, stale ocierający o podeszwy moich butów. Nie wiem, kiedy znalazły się one na moich nogach, są one ciężkie, jak gdyby miały one dodatkowo obciążać i spowalniać mój chód. Nie pomagają również moje ubrania - wiszą na mnie niczym liście płaczącej wierzby, ograniczając moje możliwości ruchu po tych dołujących krainach. Wszystko jest w kolorach czerni, kontrastują one z szarym podłożem, lecz zlewają się wraz z pustym niebem. Nie jestem w stanie niczego zdjąć, cały ubiór jest przyczepiony do mojego ciała, niczym jego integralna część. Skąd się one wzięły? Czy miałem je na sobie od początku? Jeśli nie, to kiedy je założyłem? Czy zrobiłem to sam, a może jednak zostały mi one narzucone? Pytania znów zaczęły pojawiać się w mojej głowie niczym łamigłówka niemożliwa do rozszyfrowania. Staram się nie zwracać już na nie uwagi - nie, kiedy wiem, jakie mogą być skutki zagłębiania się w głębsze zakamarki mojego umysłu. Jest on jak zagadka, labirynt, most nie do przejścia - potrzebuję katalizatora, by móc ją rozwiązać, by się przez niego przedostać. Lecz czy tego chcę? Czy jest to dla mnie odpowiednie? Czy POWINIENEM to zrobić? Napływ dalszych pytań zmusza mnie do skupienia się na drodze. Nie mam przed sobą szczególnego widoku - wciąż podobne doliny - nic, nad czym powinienem skupić dokładniej moją uwagę. Próbuję jednak znaleźć coś, co odróżnia od siebie te doliny. Próbuję, gdyż nie chcę, by napływ pytań zniszczył moją głowę. Wszystkie przypominają fale, unoszące się i opadające naprzemiennie w ogromnym morzu. Tylko, że to morze jest szare - szare, denne i bezpłciowe. Można powiedzieć bezpłciowe - lecz może jednak ta jego bezpłciowość nadaje mu pewnej tożsamości? Może właśnie jego nudność i pustka są tym, co je wyróżnia? Wszystkie morza są takie same, pasjonujący jest w nich hipnotyzm, powtarzalność i podobieństwa - ludzie lubią rzeczy powtarzalne, niewychodzące poza schemat, gdyż boją się tego, czego nie znają. (ludzie?) skąd wiem tyle rzeczy o ludz... - nie zamierzam dalej kontynuować tej myśli. Nie wiem, czy to dobrze, że próbuję tak z nimi walczyć, lecz nie zastanawiając się dalej, kontynuuję kontemplację nad bezcelowym, lecz pasjonującym morzem dolin, gdyż dobrze szło mi odciąganie swoich myśli. Jego szarość jest przekleństwem, jak i czymś, co pozwala odróżnić je od ciemnego nieba. Szary to bardzo ciekawy kolor - nie jest on ani specjalnie ciemny, ani jasny. Nie stoi on po żadnej stronie - bieli, oraz czerni. Jest... neutralny. Prawie, jakby nie potrafił wybrać, jakiej strony miał się trzymać. Czy można zatem założyć, że jest to kolor braku asertywności oraz niemożności dokonania trzeźwego wyboru? Fascynujące, jak myślenie nad prostymi rzeczami może doprowadzić do tak dziwnych, wręcz pokręconych konkluzji. Może ma to jednak jakieś znaczenie? Odłamki, po których chodzę, nie poruszają się w żaden sposób, każdy jest całkiem spory, bez butów najprawdopodobniej poraniłyby mnie ich zaostrzone końce. Jakim cudem coś takiego może występować naturalnie? Jak mogły one uzyskać taki abstrakcyjny kształt? Wszystko to wygląda, jak połamane fragmenty szkła - czy oznacza to, że coś tu kiedyś stało, lecz pękło w nieznanych mi okolicznościach? Co jest pod tymi odłamkami? Jeśli coś jest, to znaczy, że znam tylko powierzchnię tak domniemanie dobrze rozpoznawanego mi już świata? Jeśli nic nie ma, to jak może się to utrzymywać? Czy oznacza to w takim razie, że ten świat ciągnie się w nieskończoność nie tylko wertykalnie, lecz również horyzontalnie? 

"Najwyraźniej nie mam jak uciec pytaniom" - mówię do siebie, po czym stwierdzając, że w tym świecie nic nie może mi się (fizycznie) stać, zaczynam odkopywać moje podłoże, odłamek po odłamku. Kopię mimo, że ostre końce mocno ranią moje dłonie. Letnia krew wylewająca się z ran po chwili brudzi całkowicie moje ubranie, jak i utrudnia kopanie - odłamki z łatwością wyślizgują się spod moich palców, nic nie robiąc sobie z moich intencji. Robię krótkie przerwy, wycieram swoje ręce o cokolwiek mogę - po czasie całe wykopaliska przypominają raczej scenę makabrycznego morderstwa, niż cokolwiek mającego wspólnego z kopaniem. Ponownie tracę jakiekolwiek poczucie czasu, zerkam co chwilę na owoc swojej pracy, coraz bardziej tracąc jakąkolwiek chęć do kontynuowania. Po jakimś odstępie czasu postanawiam zaprzestać. Wykopałem ogromną, czerwoną od krwi dziurę, mierzącą co najmniej dziesięć razy mój wzrost, lecz nadal nie dokopałem się do czegokolwiek innego, niż te przeklęte odłamki. Czuję coś, czego jeszcze dotychczas nie odczułem - frustrację. Jest to ciężkie do opisania uczucie - zalewający we mnie jednocześnie gniew, jak i zakłopotanie, brak motywacji i jeszcze większe zdeterminowanie spowodowane brakiem otrzymania określonego sobie celu. Czy oznacza to, że pod tymi wszystkimi dolinami nie kryje się nic? Czy gdybym kontynuował swoją pracę, to dokopałbym się do nicości? Może byłaby tam pustka, która nieustannie towarzyszy mi w tej krainie nad moją głową? A może jednak napotkam coś, czego dotychczas nie widziałem, coś, o czym nawet bym nie pomyślał? Chcąc ulżyć tym pytaniom, postanawiam wezbrać się w sobie, stawić czoła frustracji, i kontynuować mozolną pracę. Zerkam na swoje ręce - mimo niezliczonych ran, wciąż mają swój uprzedni kształt. Nie czuję żadnego bólu z nimi związanego, tak, jak myślałem. Czy oznacza to, że mogę robić wszystko, co mi się żywnie podoba bez konsekwencji? Wolę nie ryzykować, lecz może być to przeszkodą w niektórych czynnościach. Z powrotem zabieram się za odrzucanie kolejnych fragmentów, obok dziury uzbierało się kilka dużych, szarych kup, nierzucających żadnego cienia (podobnie jak wszystko w tym świecie).

KOPIĘ
I
KOPIĘ
I
KOPIĘ

KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ 
BEZ USTANKU. W końcu napotykam na płaską powierzchnię. Mojej euforii nie było końca. Bo niezliczonym czasie, wreszcie mogę zobaczyć owoce swojej pracy. Nie wiem, jakim cudem tunel nie zasypywał się, kiedy kopałem się w dół, lecz teraz czuję, że nie jest to czas, by się nad tym zastanawiać. Bez zastanowienia uderzam z całym impetem w podłogę, i nagle, niczym zlepiony piach dotknięty lekko ręką, wszystko zaczyna się kruszyć. Zanim zdążyłem się obejrzeć, zaczynam spadać - oznacza to, że była to warstwa, która trzymała całą krainę w szyku. Spadam, a nade mną widzę, jak niezliczone ilości odłamków lecą za mną. Nie jest to ponownie znany mi spadek - nie czuję, aby cokolwiek przyciągało mnie w dół. Czuję się jakby rozciągany w kierunki, o jakich bym nawet nie pomyślał.  Nade mną cały czas widzę fragmenty. Nagle, pod moimi stopami widzę szarość. Była to dobrze znana mi szarość. Szarość, która poraniła moje ręce, szarość, po której bezustannie błądziłem. Szarość, w której zaczęła się ta cała PODRÓŻ. Znów upadam z impetem. Znów nie dzieje się mi nic. Leżę twarzą zwróconą ku niebu i wtedy sobie przypominam ogromną masę, lecącą cały czas nade mną w pustce. Wtedy nagle widzę. Widzę to, co ma mi przynieść koniec. Nie zamierzam się już ruszać. Nie zamierzam kontynuować dalej tej wędrówki. Nie wiem, co mam zrobić, by uwolnić się z tego KOSZMARU. Masa jest coraz bliżej. "WCIĄŻ NIE POZNAŁEM SIEBIE" - przypominam sobie zlecenie od rzeźby, która miała mi domniemanie przekazać informację o mnie. Lecz teraz jest to bez sensu. Znajduje się ona na cztery razy moją wysokość. Żegnam się z tym światem. Nie wiem, co mnie tu zaciągnęło, lecz pragnę, by zakończyła się ta bezustanna samotność, smutek, pustka i strach przed nieznanym. Nawet, gdyby wymagało to pójścia w miejsce gorsze. Nie chcę już dłużej tego przeżywać. 

Masa spada na mnie z impetem. Czyli jednak myliłem się, kiedy myślałem o tym, że w tym świecie nie może stać mi się kompletnie nic. Czuję, jak ostre kawałki przecinają moją skórę. Nadal nie poznałem ich pochodzenia. Może są to kości innych LUDZI? (innych?) tak, jestem człowiekiem - wreszcie pogodziłem się z tym faktem. Szkoda niestety, że jest to mój koniec. Zauważam mój lęk przed śmiercią. Wcześniej go nie posiadałem. Odczuwam, jak masa miażdży moje ciało. "Czy to jest zaprawdę mój koniec?" Moje kości miękną, pękają z mrożącym krew w żyłach odgłosem. Lecz nie rozchodzi się on nigdzie. Nie ma miejsca - odczuwam nieopisany ból fizyczny. Mój umysł jednak pozostaje trzeźwy. Po chwili słyszę dźwięk. Dźwięk, który towarzyszył mi w Sennej Krainie, kiedy to zabijałem bezbronne twarze. Czy to... śmierć? Moje ciało zostało rozerwane, a następnie zmiażdżone i wymieszane z wszystkim, co mnie otaczało, zabarwiam wszystko na czerwono, nie jestem w stanie dostrzec moich wnętrzności, jedyne, co widzę to miazga. Widzę to wszystko oczami świadomości, która została. Nienaruszona. Odczuwam lekkie mrowienie...

KONIEC

niedziela, 11 marca 2018

ROZDZIAŁ - "??????"

ROZDZIAŁ - "??????"

Kiedy otworzyłem powieki, moim oczom ukazał się krajobraz - nie przypominał on niczego, co dotychczas widziałem - nie istniały tu jakiekolwiek prawa, kolory zlewały się w mojej głowie - nie wiedziałem co jest czym. Próbując iść, moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Mogłem jedynie stać, wpatrywać się w ten abstrakcyjny obraz kolorów, niemożliwej do opisania geometrii i wszechogarniającego szumu. Szumu, który materializował się w postaci pary unoszącej się nad zwisającymi górami. Otaczającej je, a w końcu zmywającej szczyty, niczym znikające myśli. Wszystko było w kolorach różu, czerwieni i odcieni, których nigdy wcześniej nie widziałem - były one niczym żółć pomieszana z zielenią, czarny z białym, błękit z grafitem. Te oksymorony okalały mnie, nacierały na mnie całą swoją okazałością. Lecz nie czułem się osaczony - wręcz przeciwnie, czułem się... wolny. Wolny od wszelkich myśli i rozważań. Na jednej z gór stałem ja - leżałem nad przepaścią patrząc na ten malowniczy pejzaż, starałem nie rozmyślać nad tym, co widzę. Mój umysł był mętny, bez możliwości skupienia się na jednej rzeczy - kiedy obserwowałem jeden szczyt przez krótką chwilę, nadchodziła mgła i rozmywała go w mgnieniu oka, mój wzrok od razu wędrował wtedy na kolejny. Zanim się obejrzałem - nie było już żadnego. Nagle, po zamknięciu powiek w moment powstały kolejne - proces powtarzał się, kiedy ja leżałem z moimi zmąconymi myślami.  Nie wiedziałem, ile będzie to trwało, nie wiedziałem, czy kiedyś się to skończy - nie zależało mi na tym. Czułem... błogość (błogość?) czym jest to uczucie? Skąd je znam? Czemu doznałem go akurat w tej chwili? Czy to, czego doznaję ma jakiś sens? Pytania znowu zaczęły dochodzić do mojej głowy, a czucie w moich kończynach zaczęło wracać. Nie chciałem, nie pragnąłem tego. Chciałem tylko leżeć w tej krainie, nie myśleć o niczym - chciałem... zapomnieć. Pragnąłem, by mój umysł nie sugerował mi kolejnych myśli, bym nie rozprawiał nad celem tego wszystkiego. Wolałem, gdy nie miałem kontroli nad swoim ciałem, gdy nie myślałem trzeźwo. 

Kiedy ją w pełni odzyskałem, zacząłem uderzać moją głową w dziwną materię, z której składały się góry - była twarda, a zarazem miękka, sprężysta, oraz śliska. Nie dało to żadnego efektu, mimo wszelkich starań nie mogłem odzyskać przytomności (odzyskać?) robiłem to z myślą, o jej straceniu, czemu więc przyszło mi do głowy jej odzyskanie? Kolejne pytanie bez odpowiedzi. Wstałem, z myślą, o przejściu na drugą stronę góry, z trudem posuwałem się do przodu, moje ścierpnięte nogi nie pomagały mi w przemierzaniu tego surrealistycznego lądu. Każdy mój krok musiałem stosownie wymierzać, kiedy podnosiłem nogę, nie czułem kompletnie jej ciężaru, kiedy ją upuszczałem, lądowała ona głęboko w ziemi. Po jakimś czasie zaczynałem mieć dość tej nieustannej kalkulacji,  nie byłem nawet w połowie drogi (drogi?) a może to nie ja szedłem wolno, może to ląd cały czas posuwał się do przodu w raz, jak się poruszałem? Zacząłem zastanawiać się, co robić. Od momentu wstania doznawałem cały czas tego uczucia niematerialności, jakbym miał za chwilę unieść się, i nigdy już nie dotknąć gruntu, prawie jak gdyby coś mnie wyrywało. Bałem się tego, dlatego ważyłem każdy swój ruch tak, by zawsze mieć przynajmniej jedną nogę dotykającą podłoża - nie ważne, jak chwiejny by on był. Postanowiłem, że to zrobię - podskoczyłem, lekko unosząc moje nogi, ze względu na niepewny grunt i stało się to, czego się obawiałem.

Moje nogi dryfowały w powietrzu, nie miałem kompletnie kontroli nad torem lotu. Próbowałem wymachiwać rękami, lecz nie dawało to żadnego efektu. Unosiłem się, nie znając celu mojej podróży. Wtedy spostrzegłem, że góra, po której się poruszałem nie była tak naprawdę górą - był to blok, mający niezliczone ilości ścian i kątów, nie byłem w stanie określić jego kształtu. Zdałem sobie sprawę, że obrócony jest on do góry nogami. "Może stąd to nieustanne uczucie spadania, ściągania w górę" - pomyślałem. Był to pierwszy raz, kiedy moje myśli uformowały się w ten sposób. Do teraz, były to zwykłe impulsy przepływające przez moją czaszkę. Teraz czułem, jakby słowa kształtowały się w mojej głowie. "Nigdy wcześniej nie słyszałem SŁÓW w tym świecie." Było to dziwne uczucie, niczym lekka mgiełka dotykająca mojego umysłu. Zauważyłem, że przez ostatni czas uczucia, które jeszcze niedawno były mi tak obce, teraz stały się powszechne. Nie odczuwałem już takiego zdziwienia, takiej satysfakcji z odkrywania nowych, doznawania ich. Czy jest to normalne? Czy może powinienem czerpać z nich radość? Przecież uczucia są czymś tak pięknym, tak nieopisanym, że nie mam prawa nie czerpać z nich przyjemności. Jednak nie zauważam już nawet, kiedy dane uczucia mną targają, kiedy czuję smutek, kiedy szczęście, a kiedy STRACH. Mimo, że niektóre z nich są mi tak bliskie, przypominają mi o czymś ważnym - czy to wesołym, czy smutnym - nie zważam już na nie. Często przypominam sobie o tym, co działo się ze mną kiedy wbijałem mój sztylet w ciało tej nieszczęsnej istoty, przytaczam, w jakiej euforii wtedy byłem. Czemu przy tak okropnym czynie jak zabójstwo, doznałem podobnej emocji? Może pojawiają się one losowo? Może ma to jakieś powiązanie?

 Nie mogę się teraz w to zagłębiać. Nie mam ku temu ani motywacji, ani czasu, gdyż w tym momencie moim oczom ukazują się twarze. Nie wiem, do kogo one należą, "Są to z pewnością ludzie" - przeszła przez moją głowę myśl. Przypomniałem sobie mój cel. Nagle usłyszałem ten dziwny, przeraźliwy i przeszywający dźwięk. A raczej - parę dźwięków połączonych w jedną kakofonię cierpienia, strachu i szczęścia. Mogłem usłyszeć w nim również nutkę śmiechu, była to zaprawdę przerażająca symfonia, której nigdy już z siebie nie wydobędę.Wpatrywały się one we mnie tym wyzywającym, ludzkim wzrokiem. Zobaczyłem, że się do nich zbliżam - tym razem nie ich, a mnie przeszedł ten typowy lęk. "Czemu się to dzieje? Czemu to JA tym razem kulę ogon?" Nie wiedziałem, co się dzieje - to w końcu LUDZIE mają się bać MNIE, nie odwrotnie. Czy to oznacza, że jestem jednym z nich? Nie możliwe, czemu zatem nie odczuwam ku nim żadnej sympatii? Czuję się kompletnie zdezorientowany. Wtedy odzyskuję władzę nad swoim ciałem, wyciągam moje drewniane ostrze i w amoku rozpłatuję twarze. Są one kompletnie bezbronne, to uczucie pełnej władzy, niemożności moich ofiar wypełnia mnie całego. Tnę, pcham, wszystko, by wyładować jakoś mój gniew i by wreszcie uciszyć te żałosne istoty. 

Kiedy kończę moje dzieło, widzę efekt moich prac - zielona krew dryfuje wokół zmasakrowanych głów. Unosi się ona przypominając mi, co zrobiłem. Ich zdeformowane twarze zamiast wyrażać teraz wyższość, wyrażają znany mi już dobrze strach i cierpienie. Patrząc się na to, doznaję nudności. Przez moje ciało przelewają się litry nienawiści, po chwili wymiotuję. Nie wiem, ile to trwa, wiem, że czerwona ciecz jest niczym jad, wylewając się z mojej krtani rani moje narządy. Czuję ogromny ból, tym razem również mentalny, nie mogę nawet myśleć, nie rozpoznaję już nawet, co jest cieczą, a co krwią ze zranionych narządów. W końcu przestaję wymiotować, leżę w atmosferze wśród tego, co wypuściłem ze swojego żołądka. Czym jest ta tajemnicza ciecz? Skąd się znalazła w moich wnętrznościach? Znowu zdaję sobie sprawę, że moje powieki były przez ten cały czas zamknięte. Kiedy otwieram oczy, widzę, że świat zalewa teraz pustka. Pustka, którą nie widzę już pierwszy raz - towarzyszy mi ona przecież od początku mojej podróży. Nie chcę do niej wracać. Chcę pozostać w tym pięknym świecie do końca. (do końca?) końca czego? Mojego życia? Czy ja w ogóle ŻYJĘ? Czy ja istnieję? Nie czas teraz na takie rozważania. Sunę przez otaczającą mnie pustkę nie wiedząc kompletnie, w którą stronę płynę. Nie widzę nic, wokół mnie roztacza się kompletna ciemność. Po jakimś czasie czuję, że zaczynam tracić czucie w nogach. Za chwilę moje ręce również odmawiają posłuszeństwa. Zaczynam spadać (spadać?) jeśli w ogóle można mówić tu o spadaniu. Doświadczam raczej nagłego uczucia nieważkości, spadam w nieznanym mi kierunku. Nie jest to prawo, lewo, góra, ani dół. W końcu przed sobą widzę znany mi już kolor - szarość. Kolor obojętności, braku celu, bezstronności. Upadam, uderzając głową z impetem, nie robiąc sobie przy tym żadnej krzywdy. "Jak taki upadek nie mógł sprawić mi żadnego bólu?" - zastanawiam się. Nie mogę go doznać, czy to jednak dystans, z jakiego upadłem wcale nie był tak daleki? Nie jestem w stanie stwierdzić - może jedna, może obie opcje? 

Rozglądam się - przede mną roztacza się ta sama łąka, którą widziałem jeszcze nie tak dawno. Łąka, którą przemierzałem od nieznanego mi czasu. Miejsce, z którym zaznajomiłem się tak dobrze, że mógłbym je nazwać domem. Wokół siebie widziałem dobrze nieobce już mi figury oraz udeptany już przeze mnie szlak. Co znaczy to, że znów znalazłem się w tym miejscu? Nie wiedząc, co mam o tym myśleć, znów ruszyłem przed siebie, w poszukiwaniu

OFIAR?
|
LUDZI?
|
SIEBIE?

Nie wiem już co, jest czym - granice między tymi słowami zaczynają się powoli zacierać w miarę, jak idę przed siebie. Staram się o tym zapomnieć.

KONIEC ROZDZIAŁU - "??????"

niedziela, 4 marca 2018

Rozdział - "Głupiec"

ROZDZIAŁ - "Głupiec"

(może być parę niedociągnięć jeżeli chodzi o gramatykę - pierwszy raz cokolwiek pisałem)

Idę przed siebie. Nie wiem, ile to już godzin, dni. Nade mną zawsze rozciąga się to czarne, puste niczym oczodół niebo. Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy jest to jego naturalny kolor. Kontrastuje ono z szarymi łąkami, po których w zwyczaju jest mi chodzić. Zawsze, kiedy się mu przyglądam czuję, że jest z nim coś nie tak. Jestem w stałym ruchu - staram się nie zatrzymywać, gdyż czuję w sobie ten nieprzerwany lęk, że coś za mną chodzi. Jest to mój stały towarzysz - można by powiedzieć, że się z nim zaprzyjaźniłem. Nie posiadam żadnej wiedzy o otaczającym mnie świecie, nie wiem nawet, czy logiczne byłoby stwierdzenie, że jakkolwiek w nim egzystuję. Nie czuję nic, rozdziera mnie to niekończące się uczucie... pustki. Czy jest to normalne? Co NIE jest normalne? Czy w tym świecie cokolwiek jest, lub go nie ma? Tego typu myśli nachodzą mnie w każdej minucie, gdy nie kontempluję nad abstrakcyjnymi rzeźbami, które mijam na mojej drodze. (rzeźbami?) Nie do końca są to rzeźby - niektóre poruszają się, inne wyją tym przeszywającym, bezdennym rykiem, jeszcze inne próbują ze mną rozmawiać. Chciałbym, by widok ten zmroził mi krew w żyłach, by sprawił, że poczuję cokolwiek.

Jedna z nich szczególnie przyciągnie moją uwagę. Będzie miała ona ogromny nos, przez który będą wylatywały dźwięki, oczodoły lekko wystające poza kontury ciała oraz usta (usta?) - raczej wielkie palety, połączone cienką linią po środku położone na samej górze rzeźby. Będzie oblepiona tym ohydnym, nieczystym szlamem. Będę wiedział, że skądś ją znam, będzie to pierwsza rzecz, która wywoła u mnie coś, czego dotychczas nie doznałem. Poczuję ten dziwny, przeszywający ból w mojej klatce - nie będzie to niestety ból fizyczny, nie będzie stymulowało to jakkolwiek mojego ciała. Będzie to raczej doznanie, objawienie. Nie będę w stanie opisać euforii, jaka przepłynie wtedy przez mój umysł. Euforii, a zarazem strachu. Strachu, i uczucia, że kiedyś coś podobnego odczuwałem. Będę widział, że dowiedziałem się czegoś o sobie. Czemu? Co może znaczyć egzystencja tej kreatury? Czy będzie miała ona jakikolwiek sens? Powie mi ona, że przewidzi ona moją przeszłość za cenę krwi 27:5 ludzi. Obok niej, leżał będzie przedmiot. Będzie posiadał on metalową rączkę z drewnianym ostrzem. Kim są ludzie? Czy są to rzeźby, istoty, które obserwowałem przeprawiając się przez te próżne krainy? Czy nie będzie to irracjonalne? Czy będzie istniała tutaj przeszłość, przyszłość i teraźniejszość? Bez zastanowienia zgodzę się na ofertę rzeźby i wyruszę w dalszą wędrówkę, szukając istot, które mam tak bezapelacyjnie i bezdusznie zabić.

Widziałem przed sobą ten płaski, niczym nie skażony grunt. Czy mógł on nosić w sobie jakąś tajemnicę? Postanowiłem, że znajdę tych "ludzi" tak bardzo mi obcych. Szedłem więc dalej przed siebie, włócząc się bez celu. Widziałem wiele rzeźb, wszystkie wyglądały podobnie - długie, stojące na dwóch podporach szorstkie kamienie bez możliwości ruchu z wyżłobionymi oczodołami bez możliwości wzroku na ten mizerny świat. Pomyślałem, że jest to żałosne, wręcz smutne. Od momentu spotkania z rzeźbą zacząłem odczuwać coraz więcej emocji. Pozwoliło mi to na głębsze rozmyślanie nad samym celem ziemi, po której stąpam. Jak długo istnieje ten świat kontrastów? Co go stworzyło? Nic w tym świecie nie wydawało się, że w ogóle istnieje, więc czy mogłem w ogóle brać pod uwagę takie stwierdzenie jak "istnienie"? Czy cokolwiek tutaj żyje, lub jest martwe? Może oba na raz? W takim razie, czy JA istnieję? Czy ja ŻYJĘ? Czy jest to fikcja, czy jednak rzeczywistość? Zdałem sobie sprawę, jak mało wiem o tym świecie - wtedy zaczęło mnie to przytłaczać. Postanowiłem, że nabiorę w ręce ziemi. Wsypałem ją sobie do gardła. Bez oddechu moje myśli zaczęły się mieszać, po chwili straciłem przytomność. (przytomność?) Czy w ogóle ją miałem?

Może dopiero teraz ją odzyskałem? Budzę się na małej, samotnej wyspie. Położona jest ona na środku tego tajemniczego, rozległego morza. Wszystko jest w odcieniach czerni i bieli. Nie wiedząc, co robić postanawiam to, co zawsze - idę przed siebie. Zza linii horyzontu wyłania się dziwna struktura - jest ona wysoka, lecz nie wyższa ode mnie, otacza ją dziwna aura niepokoju, gniewu i przemocy.  Spokojnie mogę wcisnąć się przez wnękę, która umiejscowiona była u dołu całej konstrukcji. Konstrukcji, która ma teksturę jak nic innego w tym surrealistycznym świecie - jest czarna, lecz nie jest to czerń przypominająca bezdenne niebo, nad nią wiszące. Jest to czerń jasna, podchodząca wręcz pod biel. Ledwo można dostrzec jej kontury, zlewa się z wszystkim innym, niczym niknący płomień gasnącego budynku. Nigdy nie byłbym w stanie sobie wyobrazić podobnego koloru. Czuję, że jest ona dla mnie ważna. Dochodząc do szpary, zahaczam o nią ramieniem. Pierwszy raz doznaję wtedy uczucia. Zaczynam odczuwać ból w całym moim ciele, zwijam się w agonii, moje ręce automatycznie zasłaniają głowę w dziwnej pozycji. Leżę na ziemi w tym monochromatycznym świecie nie mogąc wstać. Wiję się, jak moje nogi stają w płomieniach bólu. Mimo katuszy, mój umysł pozostaje trzeźwy, czysty, niezakłócony męczarniami. Myślę tylko o tym, co mogło wywołać tak silne i gwałtowne emocje. Mimo cierpienia, jestem ucieszony faktem, że wreszcie doznałem czegoś, co nie było myślami.

Po jakimś czasie ból ustał, wstałem moimi wciąż trzęsącymi się od kaźni nogami. Kraina uzyskała kolory, wszystko było kolorowe, ziemia miała kolor czerwony, gdy dotychczas ciemne niebo ciemne niczym pomarańcz (pomarańcz?) do mojego umysłu zaczyna napływać coraz więcej określeń i wyrazów, o jakich dotychczas nie miałem pojęcia. Prawie, jakbym odzyskiwał pamięć. (pamięć?) czy oznacza to, że kiedyś już żyłem? Co oznacza to dla znaczenia tego okropnego limbo, w którym plątam się ją od nie wiem jakiego czasu?  Budynek zniknął, a na jego miejscu pojawiły się zgliszcza jakiejś struktury, zapewne konstrukcji, która jeszcze przed chwilą stała w tej właśnie lokacji. Po środku widziałem stworzenie. Stało ono na dwóch nogach, widziałem, jak oddycha (oddycha?) raczej charczy, wyglądało na zadowolone - jego oczy były szeroko otwarte, wpatrywały się we mnie z wyraźnym poczuciem wyższości.  Nie ruszało się - nie chciało? Czy nie potrafiło? Coś je zatrzymywało? Podszedłem do niego i zacząłem analizować jego budowę, która była wysoce postawna - zdecydowanie wyższa ode mnie. Jego dłonie zaciskały się i rozkładały w ciągłym cyklu. Wyglądało ono groźnie, przez chwilę odczuwałem znaną już mi dobrze emocję - strach. Nagle przypomniała mi się rzeźba, która dała mi dziwne narzędzie. Wyciągnąłem je z ust i wtedy znikąd, na twarzy istoty pojawiło się przerażenie. Wpatrywało się we mnie swoimi świdrującymi oczami. Zobaczywszy je w tym stanie poczułem pożałowanie - lecz tylko przez chwilę. Po krótkim czasie przypomniałem sobie obietnicę kreatury i zacząłem rozumieć, że istota, która przede mną stała to człowiek. Człowiek - istota najwidoczniej żałosna, kajająca się przed kimś takim jak ja, bez możliwości ruchu, zastygła - czy tak wyglądają wszyscy ludzie? Czy tego typu istoty mam na celu zutylizować? Kto pokusiłby się, by stworzyć coś tak pysznego, a zarazem strachliwego i patetycznego? Coś myślącego w superlatywach, a jednak w głębi uciekających? Czy tak właśnie wyglądają ludzie? Jeśli tak, to nie miałem zamiaru rozmyślać nad swoją ofiarą (ofiarą?) a może jednak wyświadczałem temu światu przysługę pozbawiając tego świata istoty tak żałosnej? Podszedłem do niej i zatopiłem w niej drewniane ostrze.

PRZESTAŃ. 
|
ODEJDŹ
|
PRZEPRASZAM.

Te trzy słowa będą bębniły w mojej głowie, kiedy będę odczuwał zachwyt i euforię uwalniając ten świat od tak parszywej istoty. Jego ciepła, biała krew zaczęła zalewać moje dłonie. Poczuję, jakbym kiedyś to już robił - to samo uczucie z pewnością napełniło moją osobę nieraz. Po chwili otrząsam się z tej okropnej furii i spojrzałem na siebie z obrzydzeniem. Jak będę móc czuć afekcję do tak okropnej czynności? Co znaczy to dla mojej osoby? Czy to dlatego nie pamiętałem nic? Po to, by nie wiedzieć, jaką okropną jestem osobą? Czy sam się tutaj UWIĘZIŁEM? Nie mogę o tym myśleć do czasu, aż poznam odpowiedź. By ją poznać, będę musiał zabijać dalej ludzi. Może nawet dowiem się dzięki temu więcej o tych istotach, które najwyraźniej darzę niewyobrażalną nienawiścią, co pomoże mi lepiej zrozumieć swoją osobę? Czy na pewno chciałem się poznać? Może lepiej będzie, gdy pozostanę w tym stanie niewiedzy? Rozmyślając, nie zauważyłem, że ponownie zmieniłem swoją pozycję...

KONIEC RODZIAŁU "GŁUPIEC"

I