ROZDZIAŁ - CYKL
(ogólnie to tutaj testuję swoje umiejętności opisywania)
Idę przed siebie. Znowu. Moje nogi jak zwykle nie sprawiają mi żadnego problemu pomimo niezliczonych godzin chodzenia. Przede mną rozciągają się te same doliny, prawie, jakbym błądził w kółko. Pod moimi stopami czuję szary i pusty piach (piach?) minerał, składający się z dość dużych, płaskich fragmentów, stale ocierający o podeszwy moich butów. Nie wiem, kiedy znalazły się one na moich nogach, są one ciężkie, jak gdyby miały one dodatkowo obciążać i spowalniać mój chód. Nie pomagają również moje ubrania - wiszą na mnie niczym liście płaczącej wierzby, ograniczając moje możliwości ruchu po tych dołujących krainach. Wszystko jest w kolorach czerni, kontrastują one z szarym podłożem, lecz zlewają się wraz z pustym niebem. Nie jestem w stanie niczego zdjąć, cały ubiór jest przyczepiony do mojego ciała, niczym jego integralna część. Skąd się one wzięły? Czy miałem je na sobie od początku? Jeśli nie, to kiedy je założyłem? Czy zrobiłem to sam, a może jednak zostały mi one narzucone? Pytania znów zaczęły pojawiać się w mojej głowie niczym łamigłówka niemożliwa do rozszyfrowania. Staram się nie zwracać już na nie uwagi - nie, kiedy wiem, jakie mogą być skutki zagłębiania się w głębsze zakamarki mojego umysłu. Jest on jak zagadka, labirynt, most nie do przejścia - potrzebuję katalizatora, by móc ją rozwiązać, by się przez niego przedostać. Lecz czy tego chcę? Czy jest to dla mnie odpowiednie? Czy POWINIENEM to zrobić? Napływ dalszych pytań zmusza mnie do skupienia się na drodze. Nie mam przed sobą szczególnego widoku - wciąż podobne doliny - nic, nad czym powinienem skupić dokładniej moją uwagę. Próbuję jednak znaleźć coś, co odróżnia od siebie te doliny. Próbuję, gdyż nie chcę, by napływ pytań zniszczył moją głowę. Wszystkie przypominają fale, unoszące się i opadające naprzemiennie w ogromnym morzu. Tylko, że to morze jest szare - szare, denne i bezpłciowe. Można powiedzieć bezpłciowe - lecz może jednak ta jego bezpłciowość nadaje mu pewnej tożsamości? Może właśnie jego nudność i pustka są tym, co je wyróżnia? Wszystkie morza są takie same, pasjonujący jest w nich hipnotyzm, powtarzalność i podobieństwa - ludzie lubią rzeczy powtarzalne, niewychodzące poza schemat, gdyż boją się tego, czego nie znają. (ludzie?) skąd wiem tyle rzeczy o ludz... - nie zamierzam dalej kontynuować tej myśli. Nie wiem, czy to dobrze, że próbuję tak z nimi walczyć, lecz nie zastanawiając się dalej, kontynuuję kontemplację nad bezcelowym, lecz pasjonującym morzem dolin, gdyż dobrze szło mi odciąganie swoich myśli. Jego szarość jest przekleństwem, jak i czymś, co pozwala odróżnić je od ciemnego nieba. Szary to bardzo ciekawy kolor - nie jest on ani specjalnie ciemny, ani jasny. Nie stoi on po żadnej stronie - bieli, oraz czerni. Jest... neutralny. Prawie, jakby nie potrafił wybrać, jakiej strony miał się trzymać. Czy można zatem założyć, że jest to kolor braku asertywności oraz niemożności dokonania trzeźwego wyboru? Fascynujące, jak myślenie nad prostymi rzeczami może doprowadzić do tak dziwnych, wręcz pokręconych konkluzji. Może ma to jednak jakieś znaczenie? Odłamki, po których chodzę, nie poruszają się w żaden sposób, każdy jest całkiem spory, bez butów najprawdopodobniej poraniłyby mnie ich zaostrzone końce. Jakim cudem coś takiego może występować naturalnie? Jak mogły one uzyskać taki abstrakcyjny kształt? Wszystko to wygląda, jak połamane fragmenty szkła - czy oznacza to, że coś tu kiedyś stało, lecz pękło w nieznanych mi okolicznościach? Co jest pod tymi odłamkami? Jeśli coś jest, to znaczy, że znam tylko powierzchnię tak domniemanie dobrze rozpoznawanego mi już świata? Jeśli nic nie ma, to jak może się to utrzymywać? Czy oznacza to w takim razie, że ten świat ciągnie się w nieskończoność nie tylko wertykalnie, lecz również horyzontalnie?
"Najwyraźniej nie mam jak uciec pytaniom" - mówię do siebie, po czym stwierdzając, że w tym świecie nic nie może mi się (fizycznie) stać, zaczynam odkopywać moje podłoże, odłamek po odłamku. Kopię mimo, że ostre końce mocno ranią moje dłonie. Letnia krew wylewająca się z ran po chwili brudzi całkowicie moje ubranie, jak i utrudnia kopanie - odłamki z łatwością wyślizgują się spod moich palców, nic nie robiąc sobie z moich intencji. Robię krótkie przerwy, wycieram swoje ręce o cokolwiek mogę - po czasie całe wykopaliska przypominają raczej scenę makabrycznego morderstwa, niż cokolwiek mającego wspólnego z kopaniem. Ponownie tracę jakiekolwiek poczucie czasu, zerkam co chwilę na owoc swojej pracy, coraz bardziej tracąc jakąkolwiek chęć do kontynuowania. Po jakimś odstępie czasu postanawiam zaprzestać. Wykopałem ogromną, czerwoną od krwi dziurę, mierzącą co najmniej dziesięć razy mój wzrost, lecz nadal nie dokopałem się do czegokolwiek innego, niż te przeklęte odłamki. Czuję coś, czego jeszcze dotychczas nie odczułem - frustrację. Jest to ciężkie do opisania uczucie - zalewający we mnie jednocześnie gniew, jak i zakłopotanie, brak motywacji i jeszcze większe zdeterminowanie spowodowane brakiem otrzymania określonego sobie celu. Czy oznacza to, że pod tymi wszystkimi dolinami nie kryje się nic? Czy gdybym kontynuował swoją pracę, to dokopałbym się do nicości? Może byłaby tam pustka, która nieustannie towarzyszy mi w tej krainie nad moją głową? A może jednak napotkam coś, czego dotychczas nie widziałem, coś, o czym nawet bym nie pomyślał? Chcąc ulżyć tym pytaniom, postanawiam wezbrać się w sobie, stawić czoła frustracji, i kontynuować mozolną pracę. Zerkam na swoje ręce - mimo niezliczonych ran, wciąż mają swój uprzedni kształt. Nie czuję żadnego bólu z nimi związanego, tak, jak myślałem. Czy oznacza to, że mogę robić wszystko, co mi się żywnie podoba bez konsekwencji? Wolę nie ryzykować, lecz może być to przeszkodą w niektórych czynnościach. Z powrotem zabieram się za odrzucanie kolejnych fragmentów, obok dziury uzbierało się kilka dużych, szarych kup, nierzucających żadnego cienia (podobnie jak wszystko w tym świecie).
KOPIĘ
I
KOPIĘ
I
KOPIĘ
KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ I KOPIĘ
BEZ USTANKU. W końcu napotykam na płaską powierzchnię. Mojej euforii nie było końca. Bo niezliczonym czasie, wreszcie mogę zobaczyć owoce swojej pracy. Nie wiem, jakim cudem tunel nie zasypywał się, kiedy kopałem się w dół, lecz teraz czuję, że nie jest to czas, by się nad tym zastanawiać. Bez zastanowienia uderzam z całym impetem w podłogę, i nagle, niczym zlepiony piach dotknięty lekko ręką, wszystko zaczyna się kruszyć. Zanim zdążyłem się obejrzeć, zaczynam spadać - oznacza to, że była to warstwa, która trzymała całą krainę w szyku. Spadam, a nade mną widzę, jak niezliczone ilości odłamków lecą za mną. Nie jest to ponownie znany mi spadek - nie czuję, aby cokolwiek przyciągało mnie w dół. Czuję się jakby rozciągany w kierunki, o jakich bym nawet nie pomyślał. Nade mną cały czas widzę fragmenty. Nagle, pod moimi stopami widzę szarość. Była to dobrze znana mi szarość. Szarość, która poraniła moje ręce, szarość, po której bezustannie błądziłem. Szarość, w której zaczęła się ta cała PODRÓŻ. Znów upadam z impetem. Znów nie dzieje się mi nic. Leżę twarzą zwróconą ku niebu i wtedy sobie przypominam ogromną masę, lecącą cały czas nade mną w pustce. Wtedy nagle widzę. Widzę to, co ma mi przynieść koniec. Nie zamierzam się już ruszać. Nie zamierzam kontynuować dalej tej wędrówki. Nie wiem, co mam zrobić, by uwolnić się z tego KOSZMARU. Masa jest coraz bliżej. "WCIĄŻ NIE POZNAŁEM SIEBIE" - przypominam sobie zlecenie od rzeźby, która miała mi domniemanie przekazać informację o mnie. Lecz teraz jest to bez sensu. Znajduje się ona na cztery razy moją wysokość. Żegnam się z tym światem. Nie wiem, co mnie tu zaciągnęło, lecz pragnę, by zakończyła się ta bezustanna samotność, smutek, pustka i strach przed nieznanym. Nawet, gdyby wymagało to pójścia w miejsce gorsze. Nie chcę już dłużej tego przeżywać.
Masa spada na mnie z impetem. Czyli jednak myliłem się, kiedy myślałem o tym, że w tym świecie nie może stać mi się kompletnie nic. Czuję, jak ostre kawałki przecinają moją skórę. Nadal nie poznałem ich pochodzenia. Może są to kości innych LUDZI? (innych?) tak, jestem człowiekiem - wreszcie pogodziłem się z tym faktem. Szkoda niestety, że jest to mój koniec. Zauważam mój lęk przed śmiercią. Wcześniej go nie posiadałem. Odczuwam, jak masa miażdży moje ciało. "Czy to jest zaprawdę mój koniec?" Moje kości miękną, pękają z mrożącym krew w żyłach odgłosem. Lecz nie rozchodzi się on nigdzie. Nie ma miejsca - odczuwam nieopisany ból fizyczny. Mój umysł jednak pozostaje trzeźwy. Po chwili słyszę dźwięk. Dźwięk, który towarzyszył mi w Sennej Krainie, kiedy to zabijałem bezbronne twarze. Czy to... śmierć? Moje ciało zostało rozerwane, a następnie zmiażdżone i wymieszane z wszystkim, co mnie otaczało, zabarwiam wszystko na czerwono, nie jestem w stanie dostrzec moich wnętrzności, jedyne, co widzę to miazga. Widzę to wszystko oczami świadomości, która została. Nienaruszona. Odczuwam lekkie mrowienie...
KONIEC