ROZDZIAŁ - "??????"
Kiedy otworzyłem powieki, moim oczom ukazał się krajobraz - nie przypominał on niczego, co dotychczas widziałem - nie istniały tu jakiekolwiek prawa, kolory zlewały się w mojej głowie - nie wiedziałem co jest czym. Próbując iść, moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Mogłem jedynie stać, wpatrywać się w ten abstrakcyjny obraz kolorów, niemożliwej do opisania geometrii i wszechogarniającego szumu. Szumu, który materializował się w postaci pary unoszącej się nad zwisającymi górami. Otaczającej je, a w końcu zmywającej szczyty, niczym znikające myśli. Wszystko było w kolorach różu, czerwieni i odcieni, których nigdy wcześniej nie widziałem - były one niczym żółć pomieszana z zielenią, czarny z białym, błękit z grafitem. Te oksymorony okalały mnie, nacierały na mnie całą swoją okazałością. Lecz nie czułem się osaczony - wręcz przeciwnie, czułem się... wolny. Wolny od wszelkich myśli i rozważań. Na jednej z gór stałem ja - leżałem nad przepaścią patrząc na ten malowniczy pejzaż, starałem nie rozmyślać nad tym, co widzę. Mój umysł był mętny, bez możliwości skupienia się na jednej rzeczy - kiedy obserwowałem jeden szczyt przez krótką chwilę, nadchodziła mgła i rozmywała go w mgnieniu oka, mój wzrok od razu wędrował wtedy na kolejny. Zanim się obejrzałem - nie było już żadnego. Nagle, po zamknięciu powiek w moment powstały kolejne - proces powtarzał się, kiedy ja leżałem z moimi zmąconymi myślami. Nie wiedziałem, ile będzie to trwało, nie wiedziałem, czy kiedyś się to skończy - nie zależało mi na tym. Czułem... błogość (błogość?) czym jest to uczucie? Skąd je znam? Czemu doznałem go akurat w tej chwili? Czy to, czego doznaję ma jakiś sens? Pytania znowu zaczęły dochodzić do mojej głowy, a czucie w moich kończynach zaczęło wracać. Nie chciałem, nie pragnąłem tego. Chciałem tylko leżeć w tej krainie, nie myśleć o niczym - chciałem... zapomnieć. Pragnąłem, by mój umysł nie sugerował mi kolejnych myśli, bym nie rozprawiał nad celem tego wszystkiego. Wolałem, gdy nie miałem kontroli nad swoim ciałem, gdy nie myślałem trzeźwo.
Kiedy ją w pełni odzyskałem, zacząłem uderzać moją głową w dziwną materię, z której składały się góry - była twarda, a zarazem miękka, sprężysta, oraz śliska. Nie dało to żadnego efektu, mimo wszelkich starań nie mogłem odzyskać przytomności (odzyskać?) robiłem to z myślą, o jej straceniu, czemu więc przyszło mi do głowy jej odzyskanie? Kolejne pytanie bez odpowiedzi. Wstałem, z myślą, o przejściu na drugą stronę góry, z trudem posuwałem się do przodu, moje ścierpnięte nogi nie pomagały mi w przemierzaniu tego surrealistycznego lądu. Każdy mój krok musiałem stosownie wymierzać, kiedy podnosiłem nogę, nie czułem kompletnie jej ciężaru, kiedy ją upuszczałem, lądowała ona głęboko w ziemi. Po jakimś czasie zaczynałem mieć dość tej nieustannej kalkulacji, nie byłem nawet w połowie drogi (drogi?) a może to nie ja szedłem wolno, może to ląd cały czas posuwał się do przodu w raz, jak się poruszałem? Zacząłem zastanawiać się, co robić. Od momentu wstania doznawałem cały czas tego uczucia niematerialności, jakbym miał za chwilę unieść się, i nigdy już nie dotknąć gruntu, prawie jak gdyby coś mnie wyrywało. Bałem się tego, dlatego ważyłem każdy swój ruch tak, by zawsze mieć przynajmniej jedną nogę dotykającą podłoża - nie ważne, jak chwiejny by on był. Postanowiłem, że to zrobię - podskoczyłem, lekko unosząc moje nogi, ze względu na niepewny grunt i stało się to, czego się obawiałem.
Moje nogi dryfowały w powietrzu, nie miałem kompletnie kontroli nad torem lotu. Próbowałem wymachiwać rękami, lecz nie dawało to żadnego efektu. Unosiłem się, nie znając celu mojej podróży. Wtedy spostrzegłem, że góra, po której się poruszałem nie była tak naprawdę górą - był to blok, mający niezliczone ilości ścian i kątów, nie byłem w stanie określić jego kształtu. Zdałem sobie sprawę, że obrócony jest on do góry nogami. "Może stąd to nieustanne uczucie spadania, ściągania w górę" - pomyślałem. Był to pierwszy raz, kiedy moje myśli uformowały się w ten sposób. Do teraz, były to zwykłe impulsy przepływające przez moją czaszkę. Teraz czułem, jakby słowa kształtowały się w mojej głowie. "Nigdy wcześniej nie słyszałem SŁÓW w tym świecie." Było to dziwne uczucie, niczym lekka mgiełka dotykająca mojego umysłu. Zauważyłem, że przez ostatni czas uczucia, które jeszcze niedawno były mi tak obce, teraz stały się powszechne. Nie odczuwałem już takiego zdziwienia, takiej satysfakcji z odkrywania nowych, doznawania ich. Czy jest to normalne? Czy może powinienem czerpać z nich radość? Przecież uczucia są czymś tak pięknym, tak nieopisanym, że nie mam prawa nie czerpać z nich przyjemności. Jednak nie zauważam już nawet, kiedy dane uczucia mną targają, kiedy czuję smutek, kiedy szczęście, a kiedy STRACH. Mimo, że niektóre z nich są mi tak bliskie, przypominają mi o czymś ważnym - czy to wesołym, czy smutnym - nie zważam już na nie. Często przypominam sobie o tym, co działo się ze mną kiedy wbijałem mój sztylet w ciało tej nieszczęsnej istoty, przytaczam, w jakiej euforii wtedy byłem. Czemu przy tak okropnym czynie jak zabójstwo, doznałem podobnej emocji? Może pojawiają się one losowo? Może ma to jakieś powiązanie?
Nie mogę się teraz w to zagłębiać. Nie mam ku temu ani motywacji, ani czasu, gdyż w tym momencie moim oczom ukazują się twarze. Nie wiem, do kogo one należą, "Są to z pewnością ludzie" - przeszła przez moją głowę myśl. Przypomniałem sobie mój cel. Nagle usłyszałem ten dziwny, przeraźliwy i przeszywający dźwięk. A raczej - parę dźwięków połączonych w jedną kakofonię cierpienia, strachu i szczęścia. Mogłem usłyszeć w nim również nutkę śmiechu, była to zaprawdę przerażająca symfonia, której nigdy już z siebie nie wydobędę.Wpatrywały się one we mnie tym wyzywającym, ludzkim wzrokiem. Zobaczyłem, że się do nich zbliżam - tym razem nie ich, a mnie przeszedł ten typowy lęk. "Czemu się to dzieje? Czemu to JA tym razem kulę ogon?" Nie wiedziałem, co się dzieje - to w końcu LUDZIE mają się bać MNIE, nie odwrotnie. Czy to oznacza, że jestem jednym z nich? Nie możliwe, czemu zatem nie odczuwam ku nim żadnej sympatii? Czuję się kompletnie zdezorientowany. Wtedy odzyskuję władzę nad swoim ciałem, wyciągam moje drewniane ostrze i w amoku rozpłatuję twarze. Są one kompletnie bezbronne, to uczucie pełnej władzy, niemożności moich ofiar wypełnia mnie całego. Tnę, pcham, wszystko, by wyładować jakoś mój gniew i by wreszcie uciszyć te żałosne istoty.
Kiedy kończę moje dzieło, widzę efekt moich prac - zielona krew dryfuje wokół zmasakrowanych głów. Unosi się ona przypominając mi, co zrobiłem. Ich zdeformowane twarze zamiast wyrażać teraz wyższość, wyrażają znany mi już dobrze strach i cierpienie. Patrząc się na to, doznaję nudności. Przez moje ciało przelewają się litry nienawiści, po chwili wymiotuję. Nie wiem, ile to trwa, wiem, że czerwona ciecz jest niczym jad, wylewając się z mojej krtani rani moje narządy. Czuję ogromny ból, tym razem również mentalny, nie mogę nawet myśleć, nie rozpoznaję już nawet, co jest cieczą, a co krwią ze zranionych narządów. W końcu przestaję wymiotować, leżę w atmosferze wśród tego, co wypuściłem ze swojego żołądka. Czym jest ta tajemnicza ciecz? Skąd się znalazła w moich wnętrznościach? Znowu zdaję sobie sprawę, że moje powieki były przez ten cały czas zamknięte. Kiedy otwieram oczy, widzę, że świat zalewa teraz pustka. Pustka, którą nie widzę już pierwszy raz - towarzyszy mi ona przecież od początku mojej podróży. Nie chcę do niej wracać. Chcę pozostać w tym pięknym świecie do końca. (do końca?) końca czego? Mojego życia? Czy ja w ogóle ŻYJĘ? Czy ja istnieję? Nie czas teraz na takie rozważania. Sunę przez otaczającą mnie pustkę nie wiedząc kompletnie, w którą stronę płynę. Nie widzę nic, wokół mnie roztacza się kompletna ciemność. Po jakimś czasie czuję, że zaczynam tracić czucie w nogach. Za chwilę moje ręce również odmawiają posłuszeństwa. Zaczynam spadać (spadać?) jeśli w ogóle można mówić tu o spadaniu. Doświadczam raczej nagłego uczucia nieważkości, spadam w nieznanym mi kierunku. Nie jest to prawo, lewo, góra, ani dół. W końcu przed sobą widzę znany mi już kolor - szarość. Kolor obojętności, braku celu, bezstronności. Upadam, uderzając głową z impetem, nie robiąc sobie przy tym żadnej krzywdy. "Jak taki upadek nie mógł sprawić mi żadnego bólu?" - zastanawiam się. Nie mogę go doznać, czy to jednak dystans, z jakiego upadłem wcale nie był tak daleki? Nie jestem w stanie stwierdzić - może jedna, może obie opcje?
Rozglądam się - przede mną roztacza się ta sama łąka, którą widziałem jeszcze nie tak dawno. Łąka, którą przemierzałem od nieznanego mi czasu. Miejsce, z którym zaznajomiłem się tak dobrze, że mógłbym je nazwać domem. Wokół siebie widziałem dobrze nieobce już mi figury oraz udeptany już przeze mnie szlak. Co znaczy to, że znów znalazłem się w tym miejscu? Nie wiedząc, co mam o tym myśleć, znów ruszyłem przed siebie, w poszukiwaniu
OFIAR?
|
LUDZI?
|
SIEBIE?
Nie wiem już co, jest czym - granice między tymi słowami zaczynają się powoli zacierać w miarę, jak idę przed siebie. Staram się o tym zapomnieć.
KONIEC ROZDZIAŁU - "??????"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz