ROZDZIAŁ - "Głupiec"
(może być parę niedociągnięć jeżeli chodzi o gramatykę - pierwszy raz cokolwiek pisałem)
Idę przed siebie. Nie wiem, ile to już godzin, dni. Nade mną zawsze rozciąga się to czarne, puste niczym oczodół niebo. Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy jest to jego naturalny kolor. Kontrastuje ono z szarymi łąkami, po których w zwyczaju jest mi chodzić. Zawsze, kiedy się mu przyglądam czuję, że jest z nim coś nie tak. Jestem w stałym ruchu - staram się nie zatrzymywać, gdyż czuję w sobie ten nieprzerwany lęk, że coś za mną chodzi. Jest to mój stały towarzysz - można by powiedzieć, że się z nim zaprzyjaźniłem. Nie posiadam żadnej wiedzy o otaczającym mnie świecie, nie wiem nawet, czy logiczne byłoby stwierdzenie, że jakkolwiek w nim egzystuję. Nie czuję nic, rozdziera mnie to niekończące się uczucie... pustki. Czy jest to normalne? Co NIE jest normalne? Czy w tym świecie cokolwiek jest, lub go nie ma? Tego typu myśli nachodzą mnie w każdej minucie, gdy nie kontempluję nad abstrakcyjnymi rzeźbami, które mijam na mojej drodze. (rzeźbami?) Nie do końca są to rzeźby - niektóre poruszają się, inne wyją tym przeszywającym, bezdennym rykiem, jeszcze inne próbują ze mną rozmawiać. Chciałbym, by widok ten zmroził mi krew w żyłach, by sprawił, że poczuję cokolwiek.
Jedna z nich szczególnie przyciągnie moją uwagę. Będzie miała ona ogromny nos, przez który będą wylatywały dźwięki, oczodoły lekko wystające poza kontury ciała oraz usta (usta?) - raczej wielkie palety, połączone cienką linią po środku położone na samej górze rzeźby. Będzie oblepiona tym ohydnym, nieczystym szlamem. Będę wiedział, że skądś ją znam, będzie to pierwsza rzecz, która wywoła u mnie coś, czego dotychczas nie doznałem. Poczuję ten dziwny, przeszywający ból w mojej klatce - nie będzie to niestety ból fizyczny, nie będzie stymulowało to jakkolwiek mojego ciała. Będzie to raczej doznanie, objawienie. Nie będę w stanie opisać euforii, jaka przepłynie wtedy przez mój umysł. Euforii, a zarazem strachu. Strachu, i uczucia, że kiedyś coś podobnego odczuwałem. Będę widział, że dowiedziałem się czegoś o sobie. Czemu? Co może znaczyć egzystencja tej kreatury? Czy będzie miała ona jakikolwiek sens? Powie mi ona, że przewidzi ona moją przeszłość za cenę krwi 27:5 ludzi. Obok niej, leżał będzie przedmiot. Będzie posiadał on metalową rączkę z drewnianym ostrzem. Kim są ludzie? Czy są to rzeźby, istoty, które obserwowałem przeprawiając się przez te próżne krainy? Czy nie będzie to irracjonalne? Czy będzie istniała tutaj przeszłość, przyszłość i teraźniejszość? Bez zastanowienia zgodzę się na ofertę rzeźby i wyruszę w dalszą wędrówkę, szukając istot, które mam tak bezapelacyjnie i bezdusznie zabić.
Widziałem przed sobą ten płaski, niczym nie skażony grunt. Czy mógł on nosić w sobie jakąś tajemnicę? Postanowiłem, że znajdę tych "ludzi" tak bardzo mi obcych. Szedłem więc dalej przed siebie, włócząc się bez celu. Widziałem wiele rzeźb, wszystkie wyglądały podobnie - długie, stojące na dwóch podporach szorstkie kamienie bez możliwości ruchu z wyżłobionymi oczodołami bez możliwości wzroku na ten mizerny świat. Pomyślałem, że jest to żałosne, wręcz smutne. Od momentu spotkania z rzeźbą zacząłem odczuwać coraz więcej emocji. Pozwoliło mi to na głębsze rozmyślanie nad samym celem ziemi, po której stąpam. Jak długo istnieje ten świat kontrastów? Co go stworzyło? Nic w tym świecie nie wydawało się, że w ogóle istnieje, więc czy mogłem w ogóle brać pod uwagę takie stwierdzenie jak "istnienie"? Czy cokolwiek tutaj żyje, lub jest martwe? Może oba na raz? W takim razie, czy JA istnieję? Czy ja ŻYJĘ? Czy jest to fikcja, czy jednak rzeczywistość? Zdałem sobie sprawę, jak mało wiem o tym świecie - wtedy zaczęło mnie to przytłaczać. Postanowiłem, że nabiorę w ręce ziemi. Wsypałem ją sobie do gardła. Bez oddechu moje myśli zaczęły się mieszać, po chwili straciłem przytomność. (przytomność?) Czy w ogóle ją miałem?
Może dopiero teraz ją odzyskałem? Budzę się na małej, samotnej wyspie. Położona jest ona na środku tego tajemniczego, rozległego morza. Wszystko jest w odcieniach czerni i bieli. Nie wiedząc, co robić postanawiam to, co zawsze - idę przed siebie. Zza linii horyzontu wyłania się dziwna struktura - jest ona wysoka, lecz nie wyższa ode mnie, otacza ją dziwna aura niepokoju, gniewu i przemocy. Spokojnie mogę wcisnąć się przez wnękę, która umiejscowiona była u dołu całej konstrukcji. Konstrukcji, która ma teksturę jak nic innego w tym surrealistycznym świecie - jest czarna, lecz nie jest to czerń przypominająca bezdenne niebo, nad nią wiszące. Jest to czerń jasna, podchodząca wręcz pod biel. Ledwo można dostrzec jej kontury, zlewa się z wszystkim innym, niczym niknący płomień gasnącego budynku. Nigdy nie byłbym w stanie sobie wyobrazić podobnego koloru. Czuję, że jest ona dla mnie ważna. Dochodząc do szpary, zahaczam o nią ramieniem. Pierwszy raz doznaję wtedy uczucia. Zaczynam odczuwać ból w całym moim ciele, zwijam się w agonii, moje ręce automatycznie zasłaniają głowę w dziwnej pozycji. Leżę na ziemi w tym monochromatycznym świecie nie mogąc wstać. Wiję się, jak moje nogi stają w płomieniach bólu. Mimo katuszy, mój umysł pozostaje trzeźwy, czysty, niezakłócony męczarniami. Myślę tylko o tym, co mogło wywołać tak silne i gwałtowne emocje. Mimo cierpienia, jestem ucieszony faktem, że wreszcie doznałem czegoś, co nie było myślami.
Po jakimś czasie ból ustał, wstałem moimi wciąż trzęsącymi się od kaźni nogami. Kraina uzyskała kolory, wszystko było kolorowe, ziemia miała kolor czerwony, gdy dotychczas ciemne niebo ciemne niczym pomarańcz (pomarańcz?) do mojego umysłu zaczyna napływać coraz więcej określeń i wyrazów, o jakich dotychczas nie miałem pojęcia. Prawie, jakbym odzyskiwał pamięć. (pamięć?) czy oznacza to, że kiedyś już żyłem? Co oznacza to dla znaczenia tego okropnego limbo, w którym plątam się ją od nie wiem jakiego czasu? Budynek zniknął, a na jego miejscu pojawiły się zgliszcza jakiejś struktury, zapewne konstrukcji, która jeszcze przed chwilą stała w tej właśnie lokacji. Po środku widziałem stworzenie. Stało ono na dwóch nogach, widziałem, jak oddycha (oddycha?) raczej charczy, wyglądało na zadowolone - jego oczy były szeroko otwarte, wpatrywały się we mnie z wyraźnym poczuciem wyższości. Nie ruszało się - nie chciało? Czy nie potrafiło? Coś je zatrzymywało? Podszedłem do niego i zacząłem analizować jego budowę, która była wysoce postawna - zdecydowanie wyższa ode mnie. Jego dłonie zaciskały się i rozkładały w ciągłym cyklu. Wyglądało ono groźnie, przez chwilę odczuwałem znaną już mi dobrze emocję - strach. Nagle przypomniała mi się rzeźba, która dała mi dziwne narzędzie. Wyciągnąłem je z ust i wtedy znikąd, na twarzy istoty pojawiło się przerażenie. Wpatrywało się we mnie swoimi świdrującymi oczami. Zobaczywszy je w tym stanie poczułem pożałowanie - lecz tylko przez chwilę. Po krótkim czasie przypomniałem sobie obietnicę kreatury i zacząłem rozumieć, że istota, która przede mną stała to człowiek. Człowiek - istota najwidoczniej żałosna, kajająca się przed kimś takim jak ja, bez możliwości ruchu, zastygła - czy tak wyglądają wszyscy ludzie? Czy tego typu istoty mam na celu zutylizować? Kto pokusiłby się, by stworzyć coś tak pysznego, a zarazem strachliwego i patetycznego? Coś myślącego w superlatywach, a jednak w głębi uciekających? Czy tak właśnie wyglądają ludzie? Jeśli tak, to nie miałem zamiaru rozmyślać nad swoją ofiarą (ofiarą?) a może jednak wyświadczałem temu światu przysługę pozbawiając tego świata istoty tak żałosnej? Podszedłem do niej i zatopiłem w niej drewniane ostrze.
PRZESTAŃ.
|
ODEJDŹ
|
PRZEPRASZAM.
Te trzy słowa będą bębniły w mojej głowie, kiedy będę odczuwał zachwyt i euforię uwalniając ten świat od tak parszywej istoty. Jego ciepła, biała krew zaczęła zalewać moje dłonie. Poczuję, jakbym kiedyś to już robił - to samo uczucie z pewnością napełniło moją osobę nieraz. Po chwili otrząsam się z tej okropnej furii i spojrzałem na siebie z obrzydzeniem. Jak będę móc czuć afekcję do tak okropnej czynności? Co znaczy to dla mojej osoby? Czy to dlatego nie pamiętałem nic? Po to, by nie wiedzieć, jaką okropną jestem osobą? Czy sam się tutaj UWIĘZIŁEM? Nie mogę o tym myśleć do czasu, aż poznam odpowiedź. By ją poznać, będę musiał zabijać dalej ludzi. Może nawet dowiem się dzięki temu więcej o tych istotach, które najwyraźniej darzę niewyobrażalną nienawiścią, co pomoże mi lepiej zrozumieć swoją osobę? Czy na pewno chciałem się poznać? Może lepiej będzie, gdy pozostanę w tym stanie niewiedzy? Rozmyślając, nie zauważyłem, że ponownie zmieniłem swoją pozycję...
KONIEC RODZIAŁU "GŁUPIEC"
I
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz